03.11.2018 aktualizacja 07.11.2018

3 listopada 1918 r.

Pierwsza załoga obrońców Lwowa przed szkołą im. Henryka Sienkiewicza. Listopad 1918 r. Fot. CAW Pierwsza załoga obrońców Lwowa przed szkołą im. Henryka Sienkiewicza. Listopad 1918 r. Fot. CAW

Walki we Lwowie i bandytyzm na prowincji – takie doniesienia prasowe powitały tego dnia Polaków. Elektryzowały zapewne bardziej niż informacje o zjednoczonej Czechosłowacji czy spekulacje o abdykacji niemieckiego cesarza.

Zgodnie z prognozami 3 listopada od samego rana było mgliście. Słońce wstało o 7.00, ale była niedziela, więc większość ludzi fakt ten najprawdopodobniej przespała. Kiedy jednak wstali i sięgnęli po poranną prasę, na ustach wszystkich znalazł się Lwów. Okazało się, że dwa dni wcześniej miasto zostało zajęte przez Ukraińców, którzy proklamowali tam powstanie Zachodnioukraińskiej Republiki Ludowej. Doszło do wymiany strzałów z Polakami. Dziennik „Czas” donosił:

„Wiadomość otrzymana przez wiedeńskie biuro korespondencyjne dnia 2 bm. Wczoraj o godz. 4 rano uzbrojeni żołnierze ukraińscy obsadzili wszystkie urzędowe i publiczne budynki, w tym namiestnictwo, urząd pocztowy i telegraficzny, dworzec kolei państwowej, ratusz, dyrekcję policji, austro-węgierski bank itd. Gmachy te zamknięto i wydano zarządzenie, żeby tymczasem wstrzymać urzędowanie. Na ulicach wewnątrz miasta ustawiono ukraińskie straże wojskowe, które przechodzącym żołnierzom odbierają broń. Sklepy przeważnie zamknięte. Plakatami podaje ukraińska rada narodowa do wiadomości, że objęła administrację w Galicji Wschodniej. Między wojskami ukraińskimi a legionistami polskimi doszło do starć. Ukraiński komendant miasta proklamował we Lwowie stan oblężenia”.

Depeszę tę krakowscy dziennikarze uzupełniali własnymi ustaleniami:

„Ostatnie niesprawdzone wiadomości ze Lwowa podają, ze Lwów jest odcięty, ponieważ kolejowi urzędnicy polscy odmawiają posłuszeństwa Ukraińcom. Pociągi dochodzą do Gródka i do Zimnej Wody i nie posuwają się dalej, ponieważ przed stacją Lwów stoją w pogotowiu karabiny maszynowe. Lwów nie wypuszcza żadnych pociągów ani lokomotyw w kierunku Przemyśla”.

Poruszenie było duże, bo Lwów powszechnie był postrzegany jako drugi, zaraz po Krakowie, ośrodek polskiej kultury – rozwijającej się stosunkowo swobodnie w liberalnej pod względem narodowościowym Galicji. Dziennikarze wspominają o starciach z Polakami – nie wiedzieli jeszcze, że toczyła się tam i toczyć będzie jeszcze wiele dni regularna bitwa. 3 listopada były to jednak jeszcze istotnie starcia. Reakcja strony polskiej na zajęcie miasta przez Ukraińców była bowiem tyleż spontaniczna, ile niekontrolowana. Powstały dwa główne ogniska oporu – w szkole im. Sienkiewicza, w której stacjonował niewielki oddział regularnego wojska, oraz w Domu Technika, w którym zebrali się członkowie POW. Polskie oddziały bardzo szybko pozyskiwały cywilnych robotników, których dzięki zdobyciu austriackich magazynów udało się uzbroić. Mimo ukonstytuowania się Komendy Głównej przez pierwsze dni poszczególne oddziały prowadziły chaotyczne walki uliczne bez wspólnego planu. Dopiero 5 listopada ustali się pięć odcinków obrony, których działania będzie koordynował komendant kpt. Czesław Mączyński.

Tymczasem niejako automatycznie pojawiły się pytania o los nieodległego przecież Przemyśla, względem którego Ukraińcy także zgłaszali pretensje. Dziennikarze „Czasu” stawiali sobie najwyraźniej te same pytania i szybko udzielali odpowiedzi. W regionie było co prawda niespokojnie, ale sytuacja samego miasta wydawała się stabilna.

„Przemyśl. W mieście panuje spokój. Komitet polsko-ruski urzęduje w dalszym ciągu. W powiecie również względny spokój, jakkolwiek zdarzają się ekscesy, które świadczą o tym, że komitet ruski niezupełnie panuje nad masą. Członek polsko-ruskiego komitetu, dr Zabajkiewicz (Ukrainiec) musiał jeździć kilkakrotnie w powiat, m.in. do Medyki, aby uspokajać tamtejszą ludność ruską. W rękach ruskiej młodzieży znajduje się broń i ostre naboje, a nieostrożne obchodzenie się z nimi spowodowało w powiecie kilka wypadków dość poważnego postrzelenia. Kilka majątków w powiecie przemyskim ludność ruska zrabowała doszczętnie, np. Drozdowice (własność Lubomirskich). W okolicy Dubiecka wybuchły rozruchy na tle antysemickim”.

Nie był to jedyny przypadek takich rozruchów. Poprzedniego dnia donoszono o zdemolowaniu straganów żydowskich przez kilkudziesięcioosobową grupę mieszkańców Krosna, do napięć dochodziło też w robotniczych dzielnicach Warszawy, choć w tym przypadku należy jednak zachować ostrożność w ocenie sytuacji. W „Kurierze Warszawskim” odnotowano tego dnia:

„Znowu sprawa żydowska. Przed dwoma tygodniami grupa radnych Żydów wniosła nagłą interpelację z powodu ekscesów, jakie zaszły dnia 14 października na rogu Chłodnej i Elektoralnej pomiędzy grupą Żydów a Chrześcijan i rzekomo obojętnego zachowania milicji […] Z wyjaśnień naczelnika milicji miejskiej p. Szacińskiego, opartych na przeprowadzonym dochodzeniu, wynikało, że żadnych ekscesów o charakterze pogromowym nie było, natomiast miały miejsce wzajemne bójki wyrostków chrześcijańskich i żydowskich”.

Trudno dziś ustalić, kto mówił prawdę. W takich dzielnicach jak Wola panowała zasadniczo wzajemna symbioza wszystkich narodowości, swoje gangi mieli zarówno Żydzi, jak i Polacy, ale zdarzały się również grupy mieszane – każda z wersji wydaje się prawdopodobna. Coś jednak musiało być na rzeczy, skoro warszawscy dziennikarze w tytule użyli słowa „znowu”. Inna sprawa, że dziennikarze sami przyczyniali się do wzrostu napięcia, publikując takie choćby informacje:

„Jatki żydowskie sprzedają obecnie mięso także Chrześcijanom. Ze sprawozdania ogłoszonego na zebraniu Związku Rzeźników Żydowskich pod przewodnictwem p. Raznera dowiedziano się, za co m.in. płacą konsumenci. Przed wprowadzeniem monopolu mięsnego było w Warszawie czterysta jatek żydowskich, obecnie jest ich czterdzieści pięć, ale każdy z właścicieli pobiera po 5 feningów więcej za funt mięsa i pieniądze te oddaje dawnym właścicielom jatek. W jatkach czterdziestu pięciu właścicieli sprzedaje się tygodniowo 20 tys. funtów mięsa i ściąga się w ten sposób z publiczności tysiąc marek tygodniowo na rzecz dawnych właścicieli”.

Trudno cokolwiek zarzucić reporterom – zbadali sprawę, sprawdzili informację i poinformowali o faktach czytelników. Taka rola prasy. Kłopot w tym, że w powojennym chaosie, wzmocnionym powszechną biedą i głodem, takie wiadomości łatwo rodziły agresję.

Oprócz napięć polsko-ukraińskich w Zachodniej Galicji tematem 3 listopada 1918 r. były napady bandyckie, których liczba rosła lawinowo, już bez podtekstu rasowego. „Czas” wyliczał:

„Napady bandytów: w guberni lubelskiej, na drodze do Kozieł, zamordowano kupca S. Pestylera ze Sławkowa. Między Kotowcem a Kreszycami obrabowano L. Wellagra. W Rybitwach czterej bandyci obrabowali J. Kostkowskiego w mieszkaniu. Na drodze z Kraśnika do Ryczywoła obrabowano Jakóba Samoleja i J. Milchmana. We Świdnie o północy zrabowano braciom Borensteinom 650 rbl. W Siennicy Królewskiej czterech bandytów napadło na J. Kornblita w mieszkaniu i zrabowało mu 1500 koron. W Woli Pszczoteckiej pięciu bandytów wtargnęło do mieszkania Kaspra Fornalczyka, ale ich spłoszono. W Łubkach sześciu bandytów w maskach napadło na Józefa Kołodziejskiego i zrabowało mu 1200 kor i 500 rbl”.

Podobne doniesienia pojawiały się w ówczesnej prasie niemal każdego dnia. Ale same siły policyjne nie były przesadnie czyste. „Kurier” ujawnił tego dnia dużą aferę w Otwocku, która całkiem dosłownie sparaliżowała pracę tamtejszych służb.

„Od trzech niespełna tygodni zaczęły dochodzić do prokuratury warszawskiej nader niepochlebne wieści o szkodliwej działalności milicji w Otwocku. Wieści te po sprawdzeniu okazały się prawdziwymi i dały poważne podstawy do wszczęcia dochodzenia, które dostarczyło bardzo obfitego materiału obciążającego. Wczoraj z polecenia prokuratora polskiego sądu apelacyjnego aresztowano i osadzono w więzieniu śledczym całą prawie – bo w liczbie kilkudziesięciu – milicję w Otwocku z jej komendantem, Czesławem Ratmanem, na czele pod zarzutem łapownictwa, zdzierstwa oraz innych objawów ucisku względem ludności Otwocka, jego okolic bliższych i dalszych”. Tego dnia nie znano jeszcze szczegółów sprawy, dziennikarze poinformowali jedynie, że otwocki posterunek zostanie zasilony milicjantami z Warszawy.

Mimo tych niepokojących wieści ludzie zaczynali już myśleć w kategoriach odbudowy zjednoczonej Polski, i to we wszystkich chyba sferach. Inż. Stanisław Rutkowski zgłosił np. postulat zadrzewienia Warszawy. Podkreślał co prawda, że sytuacja nie jest pod tym względem w mieście zła, bo – jak wyliczył na łamach „Przeglądu Technicznego” – rośnie tu 14567 drzew, podczas gdy przed wojną było ich 6290. Inżynier zauważył jednak, że po pierwsze – miasto wchłonęło słabiej zadrzewione przedmieścia (3848 drzew), po drugie zaś drzewostan Warszawy jest bardzo skąpy pod względem gatunkowym. Autor precyzuje: „Klony – 25 proc., jesiony – 15 proc., topole – 14 proc., lipy – 12 proc., wiązy – 10 proc., akacje – 10 proc.”. Warszawy nie dotknęły bezpośrednie działania wojenne, czego nie dało się jednak powiedzieć o sporej części miejscowości prowincjonalnych. Nie było więc złym pomysłem umieszczenie w prasie następującego ogłoszenia: „Ministerium Spraw Wewnętrznych ogłosiło nabór na roczny kurs budownictwa i odbudowy wsi i miasteczek”.

Nie było spokojnie, ale wszystko mówiło o końcu wojny. Choćby zwykły anons zamieszczony w „Kurierze Warszawskim” przez niemiecką fabrykę Hassia z Offenbachu nad Menem:

„Duża ilość obuwia wojennego! Część górna z +ersatz+ materiału, obłożona skórą, podeszwy drewniane. Bardzo tanio do odstąpienia”.

Jednak mówiły o tym również poważniejsze inicjatywy, jak np. giełda pracy dla inwalidów, uruchomiona w Krakowie. Jak informował „Czas”: 

„Biuro Pośrednictwa Pracy sekcji opieki komisji wojskowej podaje do wiadomości, że przy biurze powstaje giełda pracy dla inwalidów, byłych wojskowych. Obecnie biuro ma już zarejestrowanych kandydatów na stanowiska biuralistów, woźnych, stróżów, jak też robotnika kwalifikowanego w różnych zawodach. Uważając, że byli wojskowi inwalidzi, którzy najwięcej w obecnej wojnie ucierpieli, przede wszystkim mogą liczyć na pomoc społeczeństwa, Biuro Pośrednictwa Pracy odwołuje się do opinii publicznej w nadziei, że nowo zapoczątkowana giełda pracy znajdzie szerokie poparcie ogółu”.

W Warszawie z kolei – wciąż jeszcze okupowanej – już liczono na powojenne odszkodowania. W „Kurierze” znalazł się następujący anons:

„W Związku Urzędników i Oficjalistów Polaków b. Instytucji Państwowych (Al. Jerozolimskie 74) z powodu przewidywanego w krótkim czasie przekazania administracji rządowi polskiemu zapis nowych członków i bezpłatna rejestracja pretensji do rządu rosyjskiego odbywa się codziennie od godz. 10 do 1 po południu i od 4 do 6”.

„Kurier” miał zresztą tego dnia również kilka innych informacji odnośnie do niepodległości Królestwa Polskiego. Nieoficjalnie i nie ujawniając źródła – choć określając je jako „miarodajne” – podał, że przejęcie administracji przez Polaków nastąpi najpóźniej 15 listopada. Całkiem oficjalnie zaś, jako źródło podając rząd Józefa Świeżyńskiego, podawał ciąg dalszy doniesień poprzedniego dnia w kwestii Piłsudskiego:

„W telegramie, który postanowiono wysłać w sprawie Piłsudskiego, położono nacisk na ten warunek, że tylko w razie uwolnienia brygadiera Piłsudskiego rząd może wziąć na siebie odpowiedzialność za spokój w kraju i poprawną likwidację okupacji”.

3 listopada było odczuwalnie zimniej niż poprzedniego dnia, ale przynajmniej nie padało, chociaż mgła wisząca prawie przez cały dzień nieprzyjemnie wciskała się pod ubrania. Słońce zaszło o 16.22. Jeśli komuś chciało się wychodzić z domu, to w stolicy mógł się wybrać np. do kina Filharmonia na „W kajdanach szantażysty” („sensacyjny z Robertem Warwickiem”) oraz „Jak Pikuś doszedł do posiadania żony” („pełna humoru komedia w dwóch aktach”) albo pójść do samej filharmonii, gdzie koncert na skrzypce i fortepian dawali bracia Dymmek. A jeśli ktoś wolał kabaret, to w „Stylowym” grano dramat towarzyski „Melodie duszy”. 

jiw / skp /

Copyright

Wszelkie materiały (w szczególności depesze agencyjne, zdjęcia, grafiki, filmy) zamieszczone w niniejszym Portalu chronione są przepisami ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych oraz ustawy z dnia 27 lipca 2001 r. o ochronie baz danych. Materiały te mogą być wykorzystywane wyłącznie na postawie stosownych umów licencyjnych. Jakiekolwiek ich wykorzystywanie przez użytkowników Portalu, poza przewidzianymi przez przepisy prawa wyjątkami, w szczególności dozwolonym użytkiem osobistym, bez ważnej umowy licencyjnej jest zabronione.